Makama I – dla Anety
Spotkaliśmy Anetę, zmieniła się. Ostra była z niej Żyleta, ale musiała się uspokoić, nie było wyjścia. Znalazła pracę w osiedlowym solarium. Spytała nas, jak anarchiści, syndykaliści, mogą słuchać Isa bin Fataha, fundamentalisty, muzułmanina i pojeba?
„Mogą niunia - odpowiedzieliśmy jej - jesteśmy braćmi i siostrami w nienawiści, jesteśmy braćmi w niezgodzie, w niezgodzie na to twoje solarium osiedlowe”.
Gdy spotkaliśmy Anetę na przystanku, była jakoś bardzo przybita, przybita i skacowana.
„Aneta, chodzisz ze swoim chłopakiem do restauracji Jeffs? Wpadacie do Galerii Mokotów polatać po sklepach? nie? to znaczy, że cię nie kocha, nie che być z tobą tylko cię wykorzystuje seksualnie”.
Nie chciało jej się zresztą z nami gadać, czekała na telefony od chłopaków, ziomali. Biadoliła, że w solarium zarabia 800 zł netto i siedzi tam od 09:00 do 22:00 każdego dnia. A szefową jest straszna suka, wyżywa się na wszystkich dziewczynach, mobbinguje i czasami wydaje się, że to właśnie po to je zatrudniła. Na nic ją nie stać, wkurwioną Anetę, a zmęczona jest bardzo. Powiedzieliśmy jej wtedy „pierdol to!”, ale nie w sensie „nie przejmuj się tym”, tylko w sensie „weź to wszystko rozszarp”. „A co mam się zwolnić – pyta Aneta - i nie mieć nawet tych 800 zł?” „Nie wiemy co masz robić” – powiedzieliśmy. „Ale możesz podpalić samochód swojej szefowej, może zapłonie wtedy cały parking, samochody staną w ogniu, a wraki samochodów staną się barykadami. A wtedy wszystkie pielęgniarki wyjdą na ulicę”.
Makama II – dla Banou i Ziada, którzy zginęli przez Paryż
Czym jest dla Państwa Paryż? Noter Dam, Sakre Ker, Luvrem, Szanse Lize i oczywiście Wieżą Eifla. Otóż Czarny Blok bywa w innych rejonach, w dzielnicy Seine-Saint-Denis i Clichy-sous-Bois. I mówimy wam - Paryż to Nicolas Sarkozy. Drogie knajpy i sklepy, do których nie są wpuszczani ludzie o kolorze skóry ciemniejszym niż skóra Brigitte Bardott. Czarne twarze, które oblegają Urzędy Pracy w poszukiwaniu pracy na kasie w supermarkecie lub przy kotle w cukierni, zawsze od rana do nocy, ukrywa się na peryferiach miasta.
Czarne twarze i arabskie brody robią hip-hop. Nie chodzą na pokazy Haute Couture i nie czytają Vouga. Sprzątają czasami wille urzędników, szefów Carrefoura i Lider Preisa, sprzedają plastikowe wieże Eifla turystom. Bo Paryż to Carrefour i bluzki z Mona Lizą. Czarne dziewczyny noszą tipsy i peruki, co jest szczytem braku rozeznania w modzie i linii Yves Saint Laurent ’a, kobiety arabskie mają mocne makijaże i dużo złota, okryte czarnymi chustami tańczą taniec brzucha brzęcząc złotymi blaszkami na biodrach, a umalowane henną dłonie układają we florystyczne gesty. Czarne dziewczyny pracują jako mamki pojedynczych dzieci rozwiedzionych rodziców francuskich i w wolnych chwilach oglądają pornosy. Barbarzyńcy cuchnący Algierią i Tunisem nigdy nie wejdą do Luwru. Ci ludzie na mają wstępu na plac Bastylii, ci ludzie nie mają wstępu do Parlamentu w Strassburgu, ci ludzie nie zasiadają w rządzie francuskim, bo nie są Francuzami i nigdy nie będą. Są murzynami, murzyn nigdy nie zrozumie Kartezjusza. Murzyn prędzej zrozumie Brunona Jasieńskiego, a tylko może jeden fragment jego slamu, jego freelancu, jego „Palę Paryż”’a – „Wszyscy w stronę rewolucyjnego Paryża! O niez…pok…z Związku…żyje…twoja rewolucja robot…nierzy i chłopów! Precz z woj…listyczną…żyje…na domowa!”*.
* Bruno Jasieński, Palę Paryż, Czytelnik, Warszawa, 1974.
Makama III - dla MC Foxy Brown
Uwielbialiśmy cię, chociaż nie rapowałaś o zadymach, sprzeciwie, amerykańskim kapitalizmie, wyzysku i segregacji rasowej. Rymowałaś sobie te swoje przekleństwa, swoje bluzgi. Ale byłaś kurewsko wyzywająca, a to był rok 1996, byłaś pierwszą rap-bitch. Rapowałaś twardo, niskim głosem, głosem wzbudzającym respekt ubrana w metalowe majtki i stanik, na to nakładałaś futro. Byłaś pierwszą kobietą macho, chciałaś wyglądać jak najgorsze lada-co. Wulgarne i wyzywające - Foxy Brown i Lil Kim. Może dla czarnuchów z getta byłaś erotycznym fetyszem, ostrą kotką z długimi szponami, taką co to lubi się bzykać i nie kryje się z tym. Mac-prostytutka, nałożnica gangstera. Jednak ty wyszłaś z szeregu video-whores i zabrałaś głos, dziękujemy, że to zrobiłaś. Ty byłaś raperką, nie nuciłaś, nie zawodziłaś słodkim głosikiem piosenek o miłości i o tym, że cię zdradził twój Nigga. Nie bałaś się, że cię zgwałcą, że cię rozszarpią, gdy stałaś na scenie odziana jedynie w skąpą bielizną, sexy sandałki i filetowe futro? Twoje długie czarne włosy lśniły się, a ty prowokowałaś, nie bałaś się i bezczelnie patrzyłaś w kamerę lub obiektyw aparatu. Jak cię musiały nienawidzić białe kobiety, żony pastorów. Reprodukujący się na sprzedaż stereotyp ordynarnej czarnej, która wchodzi na scenę i łapie się za krocze. Ale to musiało wkurwiać! Udowadniałaś, że dziewczyna może rapować, może zagrozić. Rymowałaś, bezczelna. I wiesz co? To były lata 90. Coś się zmieniło teraz, Beyonce macha pupą przed swoim chłopakiem, świat idzie do przodu, nie masz następczyń.
Makama IV - o Kebabie Fakirów
Mała salka ociekała złotymi zdobieniami, co za ulga, że są takie miejsca. Dobrze też, że na Kreuzbergu w Berlinie mieszka tylu Turków i żyją z kebabów. Byliśmy dzisiaj w parku, który opanowali ci strasznie mieszczanie, przywłaszczyli go sobie i chodzą po nim za rączki. W innych miastach europejskich w parku siedzą przeważnie kolorowi. Ale nie, ci nasi muszą tu przyleźć, odprawiać swoje gody, zabrać dziewczynę na lody, oświadczyć się czy popływać łódką. Sztampowo się zakochują, tak nawet nie śmiesznie, chłopcy przypominają dziewczyny i na odwrót. Z jednej, klasy, z jednego podwórka, z jednej kasty, tylko z różnej płci. Romantycznie sobie robili przez ten park, chociaż byli podobni do siebie, chociaż ona miała długie włosy, on krótkie, chociaż ona była w sukience, a on w spodniach, to byli podobni do siebie, identyczni. Trzeba było uciekać nam, spierdalać do Istambułu.
Tak trafiliśmy do tureckiej speluny. Właściwie nie był to żaden harem, żadna jaskinia wielkiego szejka, tylko zwykły kebab. Ale ociekał złotem. To lubimy. Ci prości ludzie znają się. Urządzają przeciętną budę z tanim żarciem jak meczet, jakby Allah miał im się objawić na skrzyżowaniu Królewskiej i Marszałkowskiej. Miało wyglądać bogato i odświętnie. Orientalne podejście do handlu, egzotyka Wschodu. Zatem złote fajki wodne i mosiężne samowary. Niestety nie było obwieszonych złotymi łuskami tancerek, lubieżnie wyginających swoje wielkie brzuchy. W końcu Warszawa przed imprezą, głodne dresy i nerwowi taksówkarze – nie ma cudów.
Twarze tych sportowych dresów i głodnych studentów, burzyły nam harmonię. W świątyni Allaha nie może być wizerunków ludzkich, musi być cisza i skupienie. Gdy podali shishę, a błogość spłynęła na nas przyszły tancerki, Iszrum i Asaja. Błyszczały się ich falbaniaste, turkusowe spódnice i purpurowe staniki, wywijały welonami, tiul wypełnił wnętrze kebaba, zagrała muzyka. Chyba wysadziliśmy się w powietrze i jesteśmy w raju. Też zaczęliśmy tańczyć, pracujący w kebabie sofiści z Anatolii zaczeli deklamować wiersze, chłopcy uśmiechali się do siebie zalotnie. Wahdat ul-wudżud*.
* arab. jedność rzeczywistości
Makama V - Balanga
Chcieliśmy iść do ludzi, pobawić się z ludźmi, nie z ludem, ale z ludźmi. Gdzieś tam trwa karnawał, w Wenecji lub w Rio, dla turystów paraduje marsz przebierańców. Chcieliśmy być tam, gdzie puszczają hamulce, ale jest przy tym i wesoło i erotycznie, ludzie się do siebie łaszą. Środków pieniężnych nam na to brakowało, jednak nie był to wystarczający argument, żeby udać się do cioci na Pragę, tak pogadać, napić się herbaty. Raz zdarzyło się tam coś strasznie dziwnego, coś czego lepiej sobie nawet nie tłumaczyć. Jakiś paradoks czaso-przestrzenny, igraszka Bogów. Było już ciemno, gdy wracaliśmy od cioci na przystanek. Jedynie na skwerze przy ul. 11 listopada unosiła się mgielna poświata. Hałasujące zbiorowisko ludzi tam dostrzegliśmy. Dochodziły stamtąd mocne uderzenia werbli. Czy to sztuka ulicy? Nie, nie było widzów na rowerach. Menele praskie grają na bębnach, to niemożliwe. Jakieś gusła, dziwadła biegały po tym skwerze… Wydawało nam się, że z za krzaków przebijało kłębowisko nagich ciał, słyszeliśmy spazmatyczne jęki. Ciocia często przestrzegała nas żebyśmy o zmroku nie szli tamtędy.
Dlatego dzisiaj chcieliśmy być wśród normalnych ludzi, którzy przyszli do dyskoteki zapłaciwszy najpierw za wejście albo przywitawszy się z selekcjonerem. Najlepiej było w Cynamonie, ale to się zmienia, kluby mają swoje wzloty i upadki, kiedyś była to Scena, Tango, potem Organza, później Utopia i Cynamon. Chodziło o to, żeby wpuszczono nas w cywilizowane kręgi, gdzie nie ma jakiś rytualnych mordów, niezrozumiałej sekty, spraw które nas przerastają. Byle jak najdalej od tego skweru na Pradze. Dziwne grymasy pojawiały się na naszych twarzach, zęby nam szczękały jak od kokainy, a spojrzenia stawały się uporczywe. Nic, trzeba potańczyć. Jutro będzie kac i wszystko wróci do normy, świat nie poruszy się z posad. Dobrze że jest taki czas, sobota wieczór, gdy ludzie upijają się. Zostaliśmy zaproszeni do środka. Stało się. Muzyka była głośna, basy dudniły. Zaczęło się. Mogliśmy wyjść, wiedzieliśmy o tym, ale musieliśmy też zostać i to było nieuchronne i to się powtórzy, tutaj historia nie zapierdala, tutaj jest kolista.